Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Ludwik przyznał, że mógł się ze zbytniej troskliwości omylić.
Nie pozostało to jednak bez skutków.
Cały tydzień potem upłynął, a p. Salezy się nie pokazał. Trafem przybył potem tego samego dnia, gdy gościem w Topoli, był, wcześniej przyjechawszy — p. Narcyz, także jeden z pretendentów Różyczki. Los go postawił, jakby dla kontrastu ze ślicznym, eleganckim i pełnym wdzięku Salezym.
Oprócz imienia, które Różyczka znajdowała śmiesznem, miał p. Narcyz powierzchowność tak pospolitą, parobkowatą, twarz rumianą, poczciwą, pucołowatą — bez wyrazu — był tak naiwnym prostaczkiem — że, pomimo wielu przymiotów, wydawał się w salonie nie na swojem miejscu.
Doskonały gospodarz, wielki myśliwiec, zadomowiony, hreczkosiej, był najlepszym synem dla starych rodziców, uprzejmym sąsiadem — i słynął z dobrego serca — ale był niezgrabny...
Obracał się z trudnością, potrącał zawsze o coś, nogami stukał i mowę miał, co u nas się nadzwyczaj często trafia, nieznośnie krzykliwą. Musi to być spadek po republikańskim obyczaju, ale Polaków, po tej mowie, niemal wrzaskliwej, poznają wszędzie. Miał ją i p. Narcyz.
Wykształcenie jego nie odznaczało się wcale, i zdawało się, że winą tego był umysł tępy trochę, bo wychowanie odebrał staranne. Ale — serce było najlepsze.
Obok niego p. Salezy wydawał się jak dyament przy