młodością dopełniać, to cośmy postradali... Potrzebujemy światła i ciepła więcej, bo w sobie go mniej mamy.
— Wiem — i dla tego Lord Brougham jeździł na zimę do Nizzy... rozśmiało się dziewczę... ale, proszę tatka — możesz być co piękniejszego, jak u nas szronem i brylantami okryte drzewa!
P. Ludwik szedł z głową zwisłą, nie odpowiadając.
— Tatko dziś w takiem usposobieniu!
— A ty — tak dziś jakoś jesteś rozbrykana i wesoła?
— Chciałżebyś mnie widzieć smutną!
— Niech Bóg broni!
Pomyślał chwilę i dodał:
— Lękam się tylko, ażeby ta wesołość twoja nie była w jakim związku z odwiedzinami Salezego...
Zarumieniła się mocno Rózia.
— Dla czegóż tatko się tego lęka! — żywo odezwała się, zwracając ku niemu. Ojciec spojrzał na nią, z takim jakimś wyrazem smętnym, a pełnem przywiązania, że Różyczka się zmięszała. Przybrała postawę poważną.
— Mówmy otwarcie — rzekła — tatko mi to winieneś. Ja nie mam żadnych tajemnic dla niego — niepowinieneś ich mieć dla mnie. Niepodoba się pan Salezy?
— A tobie? — odparł ojciec.
Rózia oczy spuściła, pomyślała, lekki rumieniec okrył twarzyczkę, stała nie pewna trochę co powie i mężnie odparła oczki podnosząc.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/64
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.