ojciec o tem co się dowiedział i co ze wszech stron się potwierdzało — czekał. Rózia też z nim wcale dotąd o Salezym nie rozpoczynała rozmowy.
Czuł, że dziewczęciu ten czarodziej mógł się podobać — i to go czyniło takim smutnym.
Fortepian przebrzmiał nareszcie. Rózia ze śpiewką na ustach, wybiegła stęskniona szukać ojca, a znalazłszy go rzuciła mu się na szyję z wezbranem uczuciem.
Była tak roztrzepaną, dziecinną, jak się jej rzadko trafiało. Jednem spojrzeniem chmurkę na twarzy ojca spostrzegła — i musiała się domyśleć co ją sprowadziło...
Wolnym krokiem poszli oboje do ogrodu, który jesień właśnie była fantastycznie przystroiła w te barwy rozliczne, śmierć liściom przepowiadające. Stały drzewa i krzewy jedne złocisto żółte, drugie czerwone, bronzowe, pobladłe. Gdzieniegdzie po ścieżkach leżały już szerokiemi gwiazdami, woskowo żółte liście kasztanów, blado zielone klonów i poczerniałe olszyny... Dzikie bluszcze purpurowemi splotami się wieszały po altanach... W kląbach kwitły jeszcze ostatnie georginie i astry...
— Ślicznie u nas! — zawołało dziewczę.
— Tak — rzekł ojciec — ale ja tego wdzięku jesieni nie lubię, bo mi zimę przepowiada...
— Ale tatku — zima jest także bardzo, bardzo piękna!
— Dla was młodych — odparł p. Ludwik — Nam starym, którzyśmy siły do życia stracili, natura musi
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/63
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.