Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

go nie zatruła. Matkę straciła będąc dzieckiem, a ojciec bałwochwalczo przywiązany był do tej jedynaczki.
Mówiono mu, że ją psuje.
— Dajcież mi pokój — odpowiedział — niech choć młodość ma szczęśliwą, życie późniejsze zawsze dość trosk nam przynosi. Pókim ja żyw, niech się bawi — niech stąpa po różach, różyczka moja...
Jak ojciec tak wszyscy w okolicy, zwali ją pączkiem różanym.
Rózia grała — pod oknem otwartem, stał ojciec, pan Ludwik, z zagasłem cygarem w palcach. Był to wcale nie stary jeszcze, piękny mężczyzna, typ twarzy i postać czysto polska, wąs zawiesisty blond, oczy duże siwe, czoło odkryte i szerokie... W tej chwili twarz ta, której charakterem była wesołość i pogoda — zasępiona się zdawała i smutna. Dumał.
Słuchał tej burzliwej muzyki, z jakąś przykrością, bo ją rozumiał...
Rózia miała lat dziewiętnaście, pan Ludwik był bardzo majętny — mógł dać po niej dwakroć gotówką, a dwa lub więcej razy tyle, powinna wziąć była po nim. Roili się więc aspiranci do tej ślicznej rączki, oprawnej w złoto, — oprócz wdzięku i dźwięku, mającej jeszcze za sobą, niepospolite wykształcenie, główkę otwartą, dowcip — urok jaki daje dusza piękna...
Ojciec dla tego skarbu swego wymagał wiele — a pączek różany był też wybredny. Chciała kogoś co by odpowiadał jej ideałowi — coby mógł z nią życie podzielić... tak jak ona pojmowała. W sąsiedztwie poczciwych, dobrych chłopaków było bardzo wielu — ale idea-