Pani Wyrzyska równie jak mąż zdumiała się tym nowym obrotem rzeczy i przelękła się go prawie.
Ale Mostowniczy, prócz tego że unikał wszelkich smutnych wspomnień, był najzupełniej przytomnym, i jak nigdy szyderskim a zabawnym. Pił więcej niż kiedy.
Nie można mu było odmówić ułatwienia znajomości w sąsiedztwie, a choć bardzo blizkich sąsiadów Horodyszcze nie miało, okolica obfitowała i w młodzież aż do zbytku lubiącą rozrywki, i w starych niedobitków saskich hulanek i we wszelkich chciwych roztargnień, a szału — rycerzy od kielicha i zielonego stołu.
Znajomości robiły się łatwo, a gdy Mostowniczy jął zapraszać panów i panie na Święto-Jankę do siebie, przez samą ciekawość nie odmawiał nikt. Niemal tydzień zabrały wędrówki od komina do komina, w ciągu których Mostowniczy, jakby odrodzony, trzymał się ciągle w humorze nienaturalnie wesołym, ale często w pół śmiechu coś mu usta wykrzywiło, napadała jakaś czkawka, czoło się marszczyło i potrzebował czas jaki wysapać się na osobności, nim znowu do siebie przyszedł.
Do świętego Jana, dla przygotowania na przyjęcie dosyć czasu zostawało. Spodziewano się, i nie bez przyczyny, że ono będzie wspaniałe — i zakasuje nawet najsławniejsze na Wołyniu. Wiedzieli sąsiedzi, że wyprawiono kilka sztafet, posprowadzano kucharzy, cukierników, pasztetnika, fajerwerkera i przybory najwykwintniejsze.
W Horodyszczu wszystko się ruszało i żyło, a sam, pan zajmował się nieustannie coraz nowemi wymysłami
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/43
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.