Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

razem z sobą. Mostowniczy ostyglejszym już się okazywał niż dnia poprzedzającego, lecz rozstali się z sobą z tym tylko skutkiem że Dydak, powierzchownie mniej się z wewnętrznem podrażnieniem wydawał.
Gdy Wyrzyski po drodze kapucyna schwyciwszy, chciał się dopytać od niego o skutku odwiedzin, ojciec Innocens, rzekł z westchnieniem.
— Zadawnione rany nie leczą się prędko. Chory to człek, za którego modlić się potrzeba. Dzieją się cuda na ciałach, dzieją i na duszach. Bogu ufajmy.
Od śmierci żony Dydak, prawie z nikim nie mówił, majątku zarząd zdał na Wyrzyskiego, a sam albo w jakichś książkach siedział — lub chodził na pół obłąkany.
Z książkami zaś obchodził się dziwnie, bo po nocy bezsennej, gdy nad ranem gdzieś przypadłszy zdrzemnął się, a ludzie pokoje porządkowali, znajdowali najczęściej książki porozrzucane po podłodze, pod piecami, pod ścianami — ciskane z taką siłą, że wiele z nich w kawałki się rozpadało.
Gdy cieplejsza pora nastała, wychodził w lasy i pola, i czasem nie nocował w domu, spędzał noc gdzieś pod gołem niebem, wracał zbłocony, obrukany, tak że odzież szła w niwecz.
Twarz jego i on cały wysechł jak szczapa, drżał jakby w febrze, a choć oczyma biegał niespokojnie dokoła, zdawało się, że nie wiedział nic, tak był w sobie zatopiony.
Trwało to kilka miesięcy.
Nagle nastąpiła zmiana, której się nikt nie mógł