Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Ksiądz pozostał spokojnie w miejscu, wiedząc, że do niego powróci.
Po niejakim czasie, wpadł Mostowniczy z twarzą rozpaloną i stanął przed nim.
— Krew za krew? ząb za ząb? oko za oko? nieprawdaż? — krzyknął. — Tak stoi w waszem piśmie — ani łez, ani skruchy nie dosyć?...
— Czasem jedna łza starczy za największe zbrodnie — odezwał się kapucyn — lecz trzeba, aby ją nie ból, nie złość — ale szczery żal wydobył z człowieka.
Rękami począł na sobie Mostowniczy szarpać odzież, piersi obnażając — chciał coś powiedzieć, zerwał się i pobiegł. Ksiądz siedział.
Słychać go było z dala rozbijającego się po izbach, powrócił po chwili powolniejszym krokiem. Siadł z drugiej strony stolika naprzeciw kapucyna. Zdawało się, że mu z ust popłyną już wyrazy jakieś, wargi drgały niemi, walczył z sobą — wstał i poszedł nic nie rzekłszy.
Była noc już późna. Ojciec Innocens nie tracąc czasu w przestankach, gdy gospodarza nie było, modlił się — nie chciał go opuścić, bo czuł że chwila nadeszła stanowcza, w której go ratować mógł.
W pałacu po wszystkich pokojach porozstawiane były światła i tak gorzały aż do rana, bo rozmowa przerywana, trwała do brzasku, ale pod koniec stała się jakąś poufną, cichą, spokojniejszą.
Nie było widać ażeby kapucyn nawrócił utrapionego człeka. Pozostał dzień jeszcze, ciągle prawie byli