Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— O cóż idzie?
Mostowniczy jakby mu trudno było niezmiernie wykrztusić to co w sobie miał, począł gębą ruszać, wąs targać — ręką się chwytać to za pas, to za piersi.
— Głupi interes — rzekł gwałtownie. Prosto ci powiem, metryki mojego urodzenia nie mam, spaliła się — papierów nie mam żadnych... Szlachcic dawniej tego niepotrzebował. Kurozwęski jestem i kwita. Tymczasem zjawił się tu jakiś łotr z pod ciemnej gwiazdy, co mnie chce ciągnąć do wykazania się z rodu i nazwiska.
— A jemu co do tego? pytał Wyrzyski.
— Bo on sam jest Kurozwęski, kat go wie jaki — odparł Mostowniczy, rozdrażniony do najwyższego stopnia. Co ja z tym łajdakiem będę się po sądach ciągał? to wprost na moją kieszeń łapka — zatkać mu gębę.
— Gdzież on jest?
— Siedzi w Dubnie, napisał mi list — odgraża się.
To mówiąc dobył papier Mostowniczy i rzucił na stół, a ręka mu się trzęsła, i sam poruszał się jakby go choroba św. Walentego miała napaść. Wyrzyski chwycił pismo...
Napisane ono było szorstko, groźno, i ów Hilary z Kurozwęk Kurozwęski ofiarował się dowodzić Mostowniczemu, że ani do nazwiska, ni do tytułu niema prawa. Ale nie formułował żadnych wymagań.
Zadumał się plenipotent.
— Niema tu co myśleć i robić — odparł. — Każę do