robić wielkich rzeczy. Pulcherya się z tem obędzie i będą z sobą żyli jak najlepiej.
Słowem Wyrzyski wszystko to sobie lekceważył i żonie zamknął usta.
Niedoczekawszy przewodów Mostowniczowie odjechali do Horodyszcza, na Zielone Święta zapraszając do siebie Wyrzyskich.
Plenipotent ostatniego dnia pobytu, wieczorem, nabok wziąwszy Dydaka, delikatnie mu dał do zrozumienia ażeby żony — nie wędził — a wziąwszy kobietę młodą, więcej żył z ludźmi i znajomości w sąsiedztwie zawiązał.
— Ja — odparł Mostowniczy — do ludzi nie jestem stworzony. Mam dużo do czynienia, zabawiać próżniaków nie umiem. Jejmość wiedziała za kogo szła, musi się do mnie zastosować. Mnie wrzawa i tłok męczy — potrzebuję spokoju.
I tem go odprawił.
Zniósł to Wyrzyski i wybierał się na Zielone Święta do Horodyszcza, nie dając za wygranę, gdy na dni kilka przed Świątkami, sam jeden, małym wózeczkiem wpadł niespodzianie Mostowniczy. Spojrzawszy na wysiadającego postrzegł Wyrzyski, że coś niedobrego wiózł. Wprost z ganku p. Dydak poprowadził go na osobność do kancelaryi, zdawał się bardzo mocno poruszony.
— Głupia sprawa mnie tu sprowadza — odezwał się oczyma, jakiemiś obłąkanemi rzucając po izbie i usta krzywiąc okropnie. W. pan jesteś prawnik... rachuję na to, że mi — poradzisz...