Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/296

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Z początku Derśniak gość był jak w gorączce, w niepokoju, ciągle się jeżąc, czy go tu nie spotka upokorzenie jakie, ale powoli w atmosferze tej złagodniał, i ostygnął. Nazajutrz był już prawie innym człowiekiem.
Sam na sam z Podkomorzym począł mu ciężkie swe życie opowiadać i szczególny traf, jakim od kilku lat z niego się podźwignął.
Rozumie się, iż gospodarz nie dał tego poznać po sobie, iż w czemkolwiek bądź się przyczynił do poratowania nieznanego krewniaka, ale to mu dał uczuć tylko, że nie powinien był od rodziny stronić i zapominać o niej...
Sam p. Sebastyan zrozumiał to teraz, iż dumą grzeszył, a widok tego domu, w którym dostatek nie zatarł starej prostoty obyczaju — podziałał na niego. Nie znalazł tu nietylko zbytku, ale nawet popisu z zamożnością, a ludzi nie próżnujących — jak on sam był i po swej myśli.
Miał naprzód zamiar p. Sebastyan, wieczorem jednego dnia przybywszy, nazajutrz do obiadu zabawić i pożegnać Podkomorstwo. Naprzód staruszka sobie wyprosiła, aby choć do jutra rana zabawił, nazajutrz Podkomorzy do wieczora zatrzymał, a przybyły Świeżyński, skłonił do przenocowania.
Sam sobie się nie mógł wydziwić człowiek dziki i szorstki, że go tak uchodzono — wstyd mu było — ale serce zagadało. Rozstali się więc w najlepszej komitywie i Podkomorzy uprosił, aby synom na przyszłe święta pozwolił do Rokitnicy przyjechać...