Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

instrukcyę od rodziców, z wielką uprzejmością się garnęły do powinowatych. Zawiązała się przyjaźń wielka... Matkę to bardzo cieszyło, nieufny a dumny Derśniak nosem kręcił.
Urządzono może umyślnie tak w Rokitnicy, że na cztery dni świąt, zabrano Derśniaków do dziada, podszepnąwszy aby synów p. Sebastyana z sobą przywieźli. Potrzeba było dozorcę przekupić podarkiem — i — choć się wahał a lękał — w końcu zgodził się na tę wycieczkę.
Chłopców w Rokitnicy przyjęto jak w rodzicielskim domu, nakarmiono, ubawiono — i ujęto na zawsze.
Ale gdy się o tej, bez zezwolenia jego, przedsięwziętej podróży, dowiedział dobrze później p. Sebastyan, o włos, że dozorcy sromotnie nie wypędził. Ledwie go przebłagano.
Drżał na samą tę myśl, że bogaci Derśniakowie posądzić go mogli o narzucanie się im — gdy on ― jak mówił — nikogo w świecie nie potrzebował...
— Ja tych paniczów pod moją słomianą strzechę zaprosić nie mogę — wołał, więc i moi do nich jeździć nie powinni...
Tu znowu interwencya proboszcza ledwie go ukołysała.
— Waćpan ludziom za dobre ich serce od siebie płacisz niewdzięcznością — rzekł ksiądz. Gdzież to kto słyszał taką dumę szatańską, z jaką się acindziej popisujesz. To by na świecie nikt z nikim żyć nie mógł, kasy mu nie obliczywszy. Co to ma do tego żeś waćpan uboższy a oni bogatsi. Jutro się dorobić możesz,