Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/292

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

prawie żadnego nie dawał, cichaczem z góry opłacił Podkomorzy.
Derśniak z nadzwyczajną energią się wziął do gospodarstwa — i odżył niem, bo miał szersze pole do działania, a widok dla siebie wcale piękny... Pan Bóg też poszczęścił, że mimo pól pośladem pozasiewanych i niegodziwie uprawnych, mimo zaperzonych gruntów — tak sprzyjała pogoda zasiewom, iż urodzaj był wcale piękny.
A że pańskie oko konia tuczy — a Derśniak dzień i noc czuwał — w końcu roku okazała się superata tak olbrzymia, iż — p. Sebastyan zawahał się, czy mu się ją godzi zatrzymać całą dla siebie. Dosyć powiedzieć, że dochód wynosił trzy razy tyle, ile go oznaczono...
Z proboszczem zwiódłszy bój o podział, o którym on słyszeć niechciał, pan Sebastyan był w końcu zmuszony zarobek w pocie czoła zdobyty zatrzymać.
Pierwszym owocem pracy było, że obu synów z dozorcą do szkół posłał.
— Majątek czy im zostawię, czy nie — a co się nauczą, to nie zginie — mówił. Nie każdy grosz dzieciom dać może, ale wychowanie po możności, — obowiązek najświętszy.
Na drugi rok i rola była lepiej uprawna i zasiano jak należy — nie chybiło więc na polu.
W trzecim roku zamiast administracyi, ksiądz namówił na dzierżawę. Ośmielony Derśniak, nabrawszy smaku w pracy, zgodził się na nią. Warował sobie tylko zawsze, ażeby z Sapiechą i jego pełnomocnikami do czynienia nie miał.