Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

I ta admonicya nie wiele na upartego podziałała. Proboszczowi jednak, którego znał dobrze i szanował, bronił się jak mógł — i trochę zmiękł.
— Ja ci dobrze życzę — dokończył ksiądz. Chcesz zostać przy swem ubóztwie — mnie słudze tego Boga co w ubóztwie się narodził i umarł na krzyżu, niegodzi się namawiać o zdobywanie mamony... Ale bez niej dzieciom wychowania nie dasz. Nie jesteś młody, Boże uchowaj śmierci — zostaną sierotami, w nędzy, a tę nie każdy tak nosić umie jak waćpan...
Tym sposobem trafił jakoś do przekonania Derśniaka, który się zadumał i wzdychał. Proboszcz widział już, że się chwiał i skłonnym był do ustąpienia.
— Idzie ci o to abyś z Sapiehą do czynienia nie miał, wiesz co? Ja sam wezmę od niego Grabów w administracyę, a waćpan odemnie... Nie będziesz miał interesu tylko — ze mną.
Derśniakowi to do serca przemówiło, począł ściskać proboszcza. Potniał, wzdychał, zaklinał się że odwagi niema, że nie wie czy wydoła, na ostatek proboszcz go złamał i zgodził się administrować Grabowem, z tem aby Sapieha postawił z góry co chce z wioski mieć. Zarobek zaś z proboszczem chciał dzielić, ksiądz go wyśmiał...

Sprawa już była zadzierzgnięta, — ale nie mało jeszcze kosztowało kłopotu, nim p. Sebastyan, obejrzawszy Grabów, zmizerowany inwentarz, nędzny stan włościan — zdecydował się objąć gospodarstwo. Sumę oznaczoną, wcale nie wysoką, bo z niej dochodu ekonom