Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/290

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

i bolał nad ich ubóztwem, a był człowiek rozumny i wytrawny, wziął sprawę tę na siebie.
Pojechał do Suchej Wierzby...
— Wiesz acindziej co — rzekł do Sebastyana, trafia ci się zręczność i własnego i dzieci losu. Byłbyś dziwakiem gdybyś z niej nie korzystał. Sapieha, którego na Grabowie okradają szuka administratora albo dzierżawcy. Acanu to jak, pod ręką...
— Ja na dzierżawę pieniędzy nie mam — odparł Derśniak.
— Pożyczę waćpanu, na najmniejszą prowizyę — rzekł proboszcz.
— Za pożyczane pieniądze dzierżawę brać! W Imię Ojca i Syna! a tobym szalonym był — odparł Derśniak. Dosyć jednego gradu abym z torbami poszedł.
— Sapieha odda w administracyę!
— I będzie myślał, że mi łaskę robi, że jest moim dobrodziejem — zawołał p. Sebastyan.
— Mylisz się, bom z ust jego słyszał, że łaskę byś mu zrobił ty, jako znany z uczciwości i gospodarności człowiek, gdybyś Grabów wziął.
Derśniak głową pokręcił.
— Nie chcę — rzekł krótko. Z panami się obchodzić nie umiem, kłaniać nie potrafię. Byłbym sługą jego... Nie nawykłem.
Proboszcz się trochę poruszył.
— Waćpan przez tę dumę grzeszną, i siebie i dzieci i żonę zamęczasz... To jest rzeczywiście — grzech. Sam pan Bóg ci nastręcza sposobność, odpychasz ją przez upór i butę.