sług ani pomocy — ale tylko stosunek familijny i przyjaźń...
Proszę pana. Podkomorzy ma majątek znaczny, pan tu gospodarujesz na maleńkiem... Czyż byś nie mógł tą samą pracą jemu być pomocnym a sobie też zapewnić większych korzyści?
Aż się strząsnął Derśniak — ale się uśmiechnął szydersko.
— Mój dobrodzieju — odparł dumnie, choćby Derśniak u Derśniaka, byłbym zawsze sługą, a tu ja panem jestem. Rozumie to pan?
Nie sługą ale — bratem!
Bratem! śmiejąc się zawtorował p. Sebastyan. Braterstwo przy kieliszkach wielkie — ale wstawszy od stołu... ktoby na brata rachował, Tadeusza by mógł śpiewać...
Krótką chwilę zamilkłszy, Derśniak dodał.
— Jużci powinienbym wam za wasze dobre serce dziękować — ale widzę, że mnie nie znacie. Harda dusza w ubogiem ciele, jak widzicie...
No, tak! tak! Patrząc jak się nasza uboga szlachta błaźni, czepiając po dworach, po panach, dworzanami się zowąc a lokajami będąc, — jak się to rozpróżnowywa, psuje, marnie idzie — nigdym ani dla siebie, ani dla dzieci tych klamek nie szukał, których drudzy się trzymają... Wolę wziąć za lemiesz jak za klamkę.
To powiedziawszy p. Sebastyan, z kołka zdjął czapkę.
— A co, rzekł — czas spać — zaprowadzę do szopki, gdzie już posłano być musi.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/287
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.