Ruch ten jeszcze tchórzliwiej naśladowała dziewczynka, a dziecko zapomniane na podłodze, przestraszone płakać zaczęło. Musiała więc starsza siostra, powrócić, chwycić ją na ręce i tuląc wynieść rozbeczaną.
Chłopcy od stołu w najciemniejszy kąt się zaszyli.
Światło padające od komina dozwoliło Świeżyńskiemu lepiej się przypatrzeć Derśniakowi.
Miał on wybitne rysy familijne, ale zgrubiałe, zmienione wyrazem mozołów i trosk, jakby zbiedzone i znękane, a mimo to dumne.
Świeżyńskiemu tak się jakoś około serca zrobiło, że dłużej dyscymulować nie chciał czy nie umiał.
— Mówiono mi że ta wioska należy do pana Derśniaka... i pan dobrodziej.
— Jestem Sebastyan Derśniak — odparł szorstko gospodarz.
— A ja — jak to się dziwnie składa! dorzucił Świeżyński, mam to szczęście być żonatym z Derśniakówną, córką Podkomorzego.
Namarszczył się mocno słysząc to gospodarz... Zdawało się, że to powinowactwo dla niego nie miało żadnego znaczenia.
— Wszak ci podobno jeden klejnot, jeden ród i nawet pokrewieństwo blizkie, bo mi dawniej wspominał Podkomorzy...
Zaczął głową kręcić i nieufnie jakoś spojrzał na mówiącego p. Sebastyan, a minę uczynił jeszcze dumniejszą niż była.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/283
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.