Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Ale ja się lada czem kontentować będę i ciężarem być nie chcę — rzekł Świeżyński.
— Ja to wiem — ciągnął trochę szydersko pan Derśniak, że gościnność obowiązkiem jest i cnotą — ale z próżnego i sam pan Bóg nie naleje.
Koni — jak Boga kocham — nie ma gdzie postawić... bryczka chyba zostanie na podwórzu, a acindziej sam przespisz się chyba w szopie na sianie.
To mówiąc wprowadził Derśniak, ociągając się do izby pierwszej, w której na kominie ogień się palił. Przed nim, zapewne gościa się nie spodziewając, na prostym stołku siedziała nie młoda kobieta w chuście na głowie, w ubogim przyodziewku, wyglądająca na sługę, z ogromnem motowidłem w ręku. Przy niej stała miska z wodą, a w tej leżały kłębki nici. Dzieweczka mała w koszuli szarej, na stołeczku u nóg matki także coś z talkami miała do czynienia. Dwóch podrosłych chłopaków bawiło się u stołu przy oknie, najmłodsze dziecko w koszulce podpasanej krajką, na ziemi siedziało u nóg matki i piasek kubkiem przesypywało.
Izba uboga, naga, była dosyć czysta — lecz czuć w niej było zaduch i wszystkie wonie powszedniego gospodarstwa, które przez nią się przesuwać lub mieszkać w niej musiało.
W istocie ciasnota była taka, że o pomieszczeniu gościa trudno było pomyśleć. Gospodyni domu też, nawykła do tego, iż mąż nikogo nie zapraszał, nie spodziewała się obcego i na widok jego spłoszona, nie rada porwała się z motowidłem uchodzić do alkierza.