Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Z tego wszystkiego mógł Świeżyński wyciągnąć, że mu zadanie jego łatwem nie będzie do rozwiązania.
Jechać wprost do p. Sebastyana od rodziny w delegacyi, było to narazić się na wyproszenie za drzwi, musiał więc zażyć fortelu, bardzo oklepanego.
Zabłąkał się umyślnie pod noc przy samej Suchej Wierzbie — i zajechał do dworku. Moszko nic nie przesadził opisując go jako chatę niemal biedną. Miał wprawdzie ganeczek, tę cechą odróżniającą dom szlachecki od chaty włościańskiej, ale zresztą, rozmiarami i ubóztwem o mało ją przechodził. Podwórko okolone szopami, chlewami, kleciami, małe było i nawet zajechać na nie było trudno.
Gdy Świeżyński stanął przed bramą, a nikt mu jej ani myślał otwierać — rad nie rad pieszo, zlazłszy z bryczki, poszedł do dworku — na ganku stał już silny, nie młody mężczyzna w czujce, podpasanej rzemieniem, w butach juchtowych i czekał na niego.
Powitali się — ale gospodarz, gdyż on to był — zimno go przyjął.
Świeżyński powiedział nazwisko — i prosto z mosta oświadczył, że się zabłąkał, a konie ma zmęczone i przez miłosierdzie o nocleg prosi.
— A toś acindziej dobrze trafił — odparł szorstko stojący w ganku. Obejrzyj że się proszę. Widzę z miny i zakroju żeś acindziej do czego lepszego przywykł, a tu nie znajdziesz u mnie nic... Ledwie tyle byś z głodu nie pomarł... No — i o kąt nie łatwo!
Ruszył ramionami.