który dziś w gruzach leży — wiele już rzeczy poczciwych i dobrych znikało.
W młodości mej, pamiętam jeszcze co to była rodzina i ród — i jaki silny związek łączył familię do grobowej deski, a nietylko co my dziś familią nazywamy, ale całe zawołanie, wszystkich herbownych, powinowatych najdalszych.
Dziś gdy ojciec synów powyposaża, a ci się pożenią, wkrótce bracia stają się sobie obcy, odpadają zupełnie, ścielą osobne gniazda, znać się nie chcą. Dobrze jeszcze gdy do starych rodziców się poczuwają, a i to nie zawsze. Dopóki się po nich czegoś spodziewać mogą, kłaniają się, a, uchowaj Boże... starzy podupadną — nie będą się o to rozbijać dzieci, kto ich przytuli, ale obowiązek ten prędzej jeden na drugiego zrzucać zechce.
Dalej o bratankach, o siostrzeńcach już niema co i mówić. Po całych latach nie widują się i widzieć nie starają, nie wiedzą o sobie — żeby zaś pomagać sobie mieli i poczuwać do obowiązku trzymania kupą — mowy o tem niema.
U nas to tak używane powszechnie nazwanie „panem bratem“ wcale nie było czczem słowem. Cała ta rzeczpospolita szlachecka, spokrewniona z sobą, związana, jedną rodziną się czuła. Kłócono się i zabijano — prawda — ale gdzież tego niema?
Mijając to, że niemal każdy szlachcic z szlachcicem przez kogoś, kędyś, jakoś był spokrewniony — dom i ród, klejnot a zawołanie stanowił jedno ciało. Były obowiązki wspólne, była część jedna, której strzeżono,
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/270
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.