Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Wódka czy wino, którego się napił przed wyjściem, grały w nim teraz wesołością niezdrową, krzykliwą, zbójecką...
I znowu latał po estradzie, a skrzypce te ukochane zdawało się, że w drobne kawałki pokruszy w rękach, na których nabrzmiałe żyły występowały jakby miały popękać i krwią wytrysnąć.
Deszkiewicz przestraszony tym wysiłkiem, wstał i poszedł ku niemu, chcąc go poskromić, uprowadzić ― ale Dereszko go odtrącił. Wszystkich jeszcze szatańskich śmiechów nie wyśpiewał, wszystkiego zgrzytania zębów nie wyrzępolił...
Jak długo to trwało, nie wiem. Na dworze deszcz w początku cichy, jakimś wichrem od gór zmienił się w burzę. Okna sali chwilami oświecone błyskawicami sinemi, stawały jak jakieś otwory płomienistych przepaści...
Kilka razy rozległ się grzmot przeciągły. Huk ten towarzyszący jego mnzyce, zdawał się czynić Dereszce nadzwyczajną przyjemność.
Ludzie wprawdzie na koncert nie przyszli, ale burza przyleciała... i akompaniowała mu dzielnie.
Nawet ulewa strumieniami z dachów spływająca — dostrajała się do pieśni nieszczęśliwego wirtuoza...
Piorun uderzył tak blizko, że stara jejmość z parasolem, krzyknęła — a słowo stało się ciałem! —
W tejże chwili Dereszko skończył...
Skłonił się ku oknom oblanym blaskiem błyskawicy i noga za nogą powlókł się do pokoiku. Nime-