Waliła w ten nieszczęsny fortepian jakby rozbić chciała, a że pedał trzymała ciągle, rodziła się z tego przeraźliwa kakofonia.
Dereszko słuchając drżał i zżymał się.
Deszkiewicz klął dyabłami.
Muzyk stawał się niecierpliwszym coraz. Zmierzchało, świece pozapalano. Gramatyk, któremu o zmniejszenie kosztów chodziło — sprzeczał się, że dużo światła nie było potrzeba.
Dereszko chciał wystąpić świetnie.
Godzina o której miał się odbyć koncert nadchodziła, nadeszła — w sali oprócz dwu pań, znajdowało się dwie osoby w kącie z biletami gratisowemi.
Widząc zniecierpliwienie Dereszki i niechcąc patrzeć na nie, bo mi przykrem było, wysunąłem się do sali.
Widok był — przerażająco smutny.
Świece gorzały pogrzebowo. Całe rzędy poustawianych krzeseł — czekały. Panna chodziła w coraz gorszym humorze. Mama to wstawała do niej, to powracała na krzesło mrucząc, z obawy aby go kto nie zajął.
Zaczynało kapać z dachu złowrogo — nikt nie przybywał. Nastawiałem ucha ku sieni — grobowe milczenie.
Dereszko coraz to wyzierał z pokoiku i drzwi za sobą zamykał.
Nareszcie — słychać ocieranie nóg na progu drzwi się otwierają — dwóch panów jeden otyły bardzo w ta-
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/255
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.