ktycznym Dereczko, pierwszy się znalazł przy nim na miejscu.
Widząc mnie nadchodzącego wciągnął do pokoiku, w którym już Dereczko się znajdował. Przywdział on swój zwykły strój koncertowy. Ponieważ szło mu o to, aby i powierzchownością zajął publikę. Kazał się ufryzować.
Śmiesznie mu z tem było.
Koszula nieposzlakowanej, śnieżnej białości, krochmalna jak deska, okrywała piersi, spięta dwoma guziczkami pseudo-koralowemi. Frak mocno zużyty był przecicż nie gorszy od tych, w których kelnerowie posługują. Chociaż zdaje się, że Dereczko zegarka nie miał, łańcuszek na kamizelce kłamał jego przytomność.
Buty były tak misternie wyświeżone, iż dawały się wychodzić od szewca.
Głowę podnosił ku górze — zawcześnie lubując się muzyką, którą miał nas napawać. Skrzypce swe, nosił już w rękach, coraz, to po strunach ich przebierając — i uchylając drzwi do sali, aby się przekonać, czy publika nie zaczyna przybywać.
W istocie zjawiła się dotąd tylko akompaniatorka z mamą. Panna słusznego wzrostu, z minką pogardliwą, strojna niesmacznie — kwaśna... znudzona.
Mama w czepku przedpotopowym, zajęła zaraz jedno z najlepszych miejsc w pierwszym rzędzie.
Tymczasem wirtuozka, przysiadała się do fortepianu i kilka razy przebiegłszy po klawiszach, dała nam przedsmak okropności które uszy czekały.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/254
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.