Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Zwyczajnie męzkie ręce.
Z dnia drugiego panna Pulcherya miała prawo jeszcze się więcej cieszyć. Mostowniczy skrzywił się do niej tak, iż można go było o uśmiech posądzić.
Lecz — stała się zarazem rzecz osobliwa. Panna, która już nowennę odprawiła na tę intencję ażeby się w niej „zadurzył“ — od tego wzroku i uśmiechu tak się uczuła strwożoną, iż się jej na płacz zebrało.
Wyraz twarzy, wejrzenie miało w sobie coś tak przerażającego, iż dreszcze po niej przebiegły. Wstydziła się do tego przyznać — lecz długo przyjść do siebie nie mogła.
Mostowniczy zaś, zamiast spieszyć na powrót do Horodyszcza — został na dzień następny, kilka razy oczyma niespokojnemi badał pannę — starał się sam zbliżyć do niej.
A Pulcherya, która wprzódy tak tego pragnęła, znowu doznała takiego wrażenia — jakby uciekać chciała. Wejrzenie jego i ten szatański uśmiech, mroziły ją do kości. Wieczorem, ponieważ miała trochę chrypki, panna tylko grała na klawikordzie. Siadł pan Dydak niedaleko, a że Wyrzyski umyślnie się absentował, gdy grać przestała — obejrzał się i wprost w ten dziwny sposób pannę Pulcheryę zagadnął:
— Panna Łowczanka mi daruje, że ja stary gładkich słów używać nie umiem, ale wprost spytam — Gdybym się o pannę oświadczył, poszła byś też za mnie?
O mało nie krzyknęła Łowczanka, ale wnet się opamiętała. Co to było z takim człowiekiem na wiele półmisków rozkładać rzecz prostą.