sić chciała, musiała siąść w istocie do tego zaimprowizowanego obiadu.
Dereszko patrzał z rozkoszą jak Stasieczek drżący, wypuściwszy z ręki bułkę, rwał się do mięsa. Żal mu jednak było tego kawałka upadłego na ziemię, i zręcznie podniósłszy schował go do kieszeni.
Milcząca pani Dereszkowa, budziła wielkie współczucie — była jakąś istotą skromną, bojaźliwą a znękaną niezmiernie. Wirtuoz usiadł przy mnie i począł szeptać wskazując na nią.
— Ona jedna — geniusz mój potrafiła ocenić — poświęciła dla niego wszystko... Panie — anioł to jest... a jeśli ja chcę się do czegoś dobić to tylko dla niej... Córka zamożnych ludzi, u których dawałem lekcye muzyki, ale to szlachta, dziedzice, ani przystępu. Pogniewali się, córce nic nie chcieli dać, ani ją widzieć na oczy. Wszystko zniosła! Złożył ręce. — Ale i im się też nie poszczęściło — dodał — z kretesem stracili co mieli i pomarli. Teraz my oboje sieroty. Niegodziwi ludzie rozchwytali co pozostało.
Westchnął.
— Rajskie to były chwile — szepnął cicho i w oczach mu się łzy zakręciły — gdy ja i Lizka schodziliśmy się, aby wieczorami pomówić z sobą, jak dwie dusze pokrewne. Stawała przy oknie mojej izdebki, sparta na krawędzi... czatując czy kto nie podgląda. Bzy kwitły i jaśminy, słowik śpiewał. Jednej takiej nocy wykradliśmy się do wiejskiego kościołka...
Westchnął, czoło mu się zasępiło.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/249
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.