nym był, że się znalazła na świecie istota co mu zawierzyła, co los swój z jego losem związała.
— Liziu kochaneczko... gość...
Zarumieniona kobieta niewiedziała co począć z sobą. Dereczko gwałtem zapraszał i podawał stołek, z którego zrzucił na ziemię paczkę nut i gruby ręcznik.
— Pragnąłem koniecznie abyś pan Lizkę zobaczył — mówił ożywiony. Panie — to istota anielska! to dusza złocista... to święta i męczennica! Gdyby nie ona dawno by mnie na świecie nie było, ona i Stasieczek trzymają mnie na nim!
Dla nich ciernistą noszę koronę — i w walce nieustaję.
Otarł czoło, uśmiechnął się do żony, pocałował Stasieczka, który trochę przestraszony w początku, bułkę w rączynie ściśniętą na nowo zajadać poczynał. To przypomniało Dereszce, że w kieszeni niósł obiad dla nich i — wcale nie zważając na mnie, dobył w bibułę pozawijaną szynkę, chleb, salceson — sér... kawałek pieczonego mięsa. Wszystko to pospiesznie na stoliczku przy łóżku poskładał, stołek żonie podał i zawołał.
— Siadaj i jedzcie... Pan dobrodziej pozwolisz! kobiecisko głodne. Zapewne ciepła kuchnia, talerz rosołu... ba i befsztyk a pieczyste i melszpajs, lepsze by były — ale... treba żyt, kak nabeżyt! To święta niewiasta! Dla mnie i dla Stasieczka od gęby sobie odejmuje.
Jedz że, Lizko, niezważaj! szepnął cicho.
Głodny dzieciak tak się napierał, że biedna kobieta, uśmiechnąwszy się smutnie, jakby mnie przepro-
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/248
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.