Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Pospieszyłem z ofiarą za bilety, co Dereszko przyjął w milczeniu, jako rzecz naturalną.
Zerwał się potem z siedzenia, skłonił się z daleka z wyrazem bardzo miłym biednej twarzy, i zniknął.
Na deptaku spotkałem kilka osób i wspomniałem o koncercie. Ruszano ramionami.
— Ale któżby na niego poszedł? odzywali się wszyscy prawie. W ostateczności bilet wziąć — cóż robić? jest to podatek — jałmużna, ale iść, słuchać!
— Znaż go kto z panów?
Nikt a nikt nie słyszał nigdy tego nieszczęśliwego Dereczki, ale nikt też posłyszeć go nie był ciekawy, i dać biednemu nietylko jałmużnę grosza, ale ucha jałmużnę.
Około restauracyi zobaczyłem go na ławce wśród małego gronka milczących ludzi, którym opowiadał coś żywo. Był w humorze tym wesołym, który mnie serce krajał, śmiał się i niezmiernie wydał mi się ożywionym. Minąłem go idąc dalej.
Jużem się był oddalił kawał drogi, gdy usłyszałem chód prędki za sobą, i zobaczyłem pędzącego za mną Dereczkę; który podskakiwał, kapeluszem dając mi znaki. Musiałem się zatrzymać.
— Bardzo jestem szczęśliwym, że pana łapię — zawołał zdyszany. — Pan pozwoli, tu niedaleko, żonę moją, tego anioła, i cherubinka mego Stasieczka chcę przedstawić.
Niepodobna było odmówić — ciągnął tuż do domku na uboczu stojącego, i śmiejąc się poprzedzał.
Nie zajęte to dla wilgoci domostwo, dosyć opu-