— W jaki sposób? — odezwałem się. — Jestem tu prawie obcy, znajomości nie mam i nie zabieram... Gdybym chciał.
— Przyjdź pan na koncert — dodał Dereczko.
— Z największą chęcią — dodałem ujęty tą nędzą uśmiechniętą, choć od niej kminkówkę czuć było. Będę się starał nawet namówić innych, jeżeli mi się uda.
— Ja, o więcej nie proszę — westchnął Dereczko. Domagam się od ludzi sprawiedliwości posłuchania, najbiedniejszemu z ludzi odmawiać się go nie godzi. Prawda! wyglądam bardzo nie obiecująco... (uśmiechnął się) ale trzeba przezwyciężyć uprzedzenie.
Nie chciałem już podsycać rozmowy, i spytałem tylko o czas i miejsce, gdzie się miał koncert odbywać.
Dereczko wskazał mi nowo pobudowaną willę, trochę oddaloną od deptaka i naszych gospód, gdzie był salon dosyć duży — i — co rzecz główna, fortepian naówczas może w Krynicy jedyny.
— Szukam jeszcze miłosiernej duszy i palców, któreby mi akompaniować chciały... kto wie? może je znajdę. Fortepian trzeba podstroić, to już sam dopełnię.
Czkawka się powtórzyła.
— Niech pan dobr. nie zważa na to, że mi ta przeklęta czkawka dokucza — rzekł żywo — chcąc się jej pozbyć napiłem się wódki, i musiałem się czemś pokrzepić, bo — siłę mieć potrzeba aby grać, a obiad — jest bardzo problematyczny.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/245
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.