Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

niem — to dosyć powiedzieć! Wirtuoz na gitarze i skrzypcach, uczeń Ernsta. Tak jest.
Uśmiechnął się dumnie.
— Ofiara przeciwnych losów, które się na niego spiknęły. Oprócz tego swego czasu poeta, liryczny i dramatyczny. Rozmaitości lwowskie drukowały niektóre moje utwory. Napisałem poemat „Obrona Olsztynu,“ dwadzieścia cztery pieśni, dotąd niewydany. Nieszczęściem zastawić go musiałem u Igla. Potomność go ocenić potrafi, nie obecnie! nie! Smak dziś jest zepsuty i świat ostygły. Tak, czcigodny panie, ofiara losu!
Tu parę razy powtórzona czkawka przerwała mu potok wyrazów, które jak lawa gorąco z ust mu płynęły.
Chciałem zapytaniem przerwać mu — aby rozmowę zwrócić do właściwego kierunku, nie mogąc znieść zapachu kminu ani anyżu, — lecz pan Mikołaj Dereczko, prosił o cierpliwość. Potarł czoło i włosy.
— W tym nieszczęśliwym kraju, który się na niczem nie zna, a o wszystkiem chce wyrokować — rzekł z westchnieniem — potrzeba koniecznie przybyć z patentem z za granicy aby zostać uznanym, a w dodatku mieć palto eleganckie i niewyglądać jak ja... negliżowo!!
Naprzód słuchać nie raczą, a potem złego od dodobrego, miernego od genjalnego nie mogąc rozeznać — takich skromnych męczenników genjuszu jak ja — wprost za drzwi wypychają.
Bo, że mam genjusz, to nie ulega wątpliwości, czuję go w piersiach moich, pod tem czołem!