Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

a pięść pokazywać, tak francuziska, niewiele myśląc, pierzchnęli.
Gdy stolnikowa wróciła potem i poczęła mu dziękować, pan Kwiryn ramionami ruszył.
— Ale, gdzie zaś! co się im przewidziało! Zagadałem do tych trutniów to prawda — ale oni sami dobrowolnie precz poszli, bo... powiadali, że zabłądzili.
Wersya ekonoma, który przysięgał się, że mówił prawdę, nie zgadzała się z opowiadaniem pana Kwiryna — ale on przy swojem stał.
Po tym roku, jakby go on wysilił i zmógł, Kwiryn zaczął widocznie starzeć. Stał się jeszcze bardziej milczącym i dzikim. Czas wyłącznie prawie trawił na nabożeństwie.
Często bardzo wymawiał się i nie przychodził do stołu.
Podrosła już wnuczka stolnikowej, imieniem Emilka, jak matka, która była u niego w wielkich łaskach, sama miała tylko pozwolenie odwiedzania go, bo przed innemi drzwi zamykał.
Przed nią zaczął pan Kwiryn pierwszą mówić o blizkiej śmierci — ale dziewczę się z niego wyśmiewało.
— Co dziadzio plecie — będziesz żył sto lat.
— Ja bo wiem kiedy umrę, odpowiadał jej, zobaczysz, nawet ci powiem którego dnia, bo z pewnością przeczuję.
Tymczasem zdrowiuteńki był jak zawsze.
Zimą przed samem Bożem Narodzeniem, powiedział Emilce, że z niemi wigilii jeść nie będzie.
Ta się śmiała i połajała go.