Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

czasy łaciny wiele zapomniano i on ją dziwacznie wymawiał. Włoszczyzny zaś nikt prawie nie umiał.
U Stolnikowstwa mnich ten był na obiedzie, razem z proboszczem. Proboszcz zaczął się uskarżać na to, że nawet poczciwie się rozmówić z takim człowiekiem, co tyle ciekawych rzeczy miałby do opowiedzenia — nie można było. Kwiryn siedzący u stołu męczył się długo, kręcił — wahał, naostatek proboszczowi na ucho szepnął, że on cokolwiek języka włoskiego, i tego języka franków, którego na wschodzie używano — rozumie.
Uradowany mnich przemówił do niego po włosku. Zmięszał się i zarumienił pan Kwiryn, — ale że tego i chwała Boża wymagała — odezwał się tedy taką włoszczyzną, iż zakonnik z radości, porwawszy się od stołu, począł go ściskać i błogosławić.
Popłynęła rozmowa ze zdumieniem wszystkich, jak po maśle. Kwiryn zapomniał się nieco, ożywił, twarz mu się nawet zmieniła dziwnie. Rozmaite rzeczy potem tłómaczył Stolnikowstwu z opowiadań księdza ― ale — gdy zakonnik go chciał nprosić za tłómacza do kilku dworów, wymówił się i schował tak, że go nie znaleziono aż po wyjeździe mnicha.
Rzuciło to pewne światło na przeszłość starego — lecz on, tłumaczyć tego nie chciał, gdzie i jak tak dobrze się nauczył tych języków.
— E! to się tam włóczyło różnie. — Niema się z czem chwalić, ani mówić o czem.
— Ten Kwiryn, mówił Stolnik do żony — ja ci powiadam! nie z jednego pieca chleb jadał, ale taka natura zamknięta w sobie, nic z niego nie dobyć.