Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

dworek dla niego w ogrodzie, dać mu sługę, naznaczyć pewien dochód, lecz, zaledwie o tem zasłyszawszy, jak przestraszony do nóg się obojgu zaczął rzucać pan Kwiryn i zaklinać ich, a zaprzysiągać się, że jeśli go tak pieścić i psuć zechcą, będzie musiał znowu w świat iść.
Godził się na siaki taki kątek i jaki taki stół — nic więcej. Mówił, że mu wcale nic nie było potrzeba, że przy obcych ludziach nie będzie się wcale pokazywał, aby im nie robić wstydu i t. p.
Stolnikowstwo przyjęli wreszcie wszelkie warunki, byle go zatrzymać, obiecując sobie powoli go przekonać i — biedaka za tyle lat włóczęgi wynagrodzić opieką serdeczną.
Gdy na wieczerzę zawołano — Kwiryn oparł się, nie chciał iść do stołu.
Utrzymywał, że, naprzód kawy mu było dosyć — a potem, żeby im u stołu wstyd go nie było.
— Co wstyd? jaki wstyd? — odparł Stolnik gwałtem go biorąc — ja się niczego w świecie nie wstydzę — oprócz grzechu i podłości.
Wszystkie dzieci Stolnikowstwa były po szerokim świecie, dwie córki za mężem, syn w wojsku — do stołu więc oprócz gospodarstwa, przychodził tylko ekonom Zawistowski i stara panna rezydentka Lepelska. Starosielski brata chciał gwałtem przy żonie posadzić, lecz niepodobna było skłonić go do tego i uparł się siąść ku końcowi stołu.
Tak się rozpoczął pobyt pana Kwiryna u brata; lecz wszelkie nadzieje polepszenia jego bytu — zape-