Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

nie zmięszany, drżący, onieśmielony, jakby piorun nań padł.
Pani Barbara stała wryta, zbladła, nie wierzyła uszom. Tymczasem ochłonąwszy Kwiryn, zgarbiony, zgięty sunął się do jej ręki.
— Kwiryn! Jezusie-panie! — szepnęła, przychodząc do siebie Stolnikowa i przypatrując się zbiedzonemu — Kwiryn!
Tymczasem Stolnik jak najpilniej dorzucił.
— Od wczoraj nic nie jadł!
— A lat trzydzieści znać o sobie nie dał! — szepnęła kobieta z wymówką.
Kwiryn milczał jak winowajca.
— A teraz, gdy, Bogu dziękować powrócił, nic się od niego też dowiedzieć nie można....
— Bo nie ma o czem mówić — przerwał pokornie Kwiryn.
Stolnikowa zwolna przy chodząc do siebie, usiadła, rozkazując podróżnemu kończyć kawę, której on odrobinę wypiwszy, po jednym sucharku oświadczył, że jest syty...
Oboje Stolnikowstwo nie odchodzili, chcąc się czegoś dowiedzieć — lecz uparcie ich zbywał ogólnikami.
Na ostatek po rękach ich całując, prosił, aby go nie badano.
Czas do wieczerzy przeszedł na rozmowie przerywanej. Stolnik wręcz zapowiedział bratu, że go więcej od siebie nie wypuści, a Stolnikowa poparła to najgoręcej. Starosielski wniósł, aby postawić przynajmniej