Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

stawić tak przed panem, gdyby nie głos nakazujący, który usłyszał. Gdy stolnik w ten sposób wołał, biegło co żyło, a odzywał się tak bardzo rzadko.
Mieszuk stał przed gankiem, czekając na rozkazy.
— Stancya gościnna? zapytał Starosielski — może znowu w niej się co suszy albo moczy? Wolna?
— Wolna — odparł Mieszuń.
— Chodź — pośpiesznie dodał gospodarz ciągnąc za sobą Kwiryna, który węzełek swój i kij zabierał.
Musiemy tu dalsze opowiadanie przerwać objaśnieniem, że przed laty trzydziestu, za żywota ojca pana stolnika, który też był stolnikiem, młodszy syn, gdyż dwóch ich miał, naraziwszy się rodzicowi, — nielubiony przez niego, zwany „niezdarą“ „nicponiem“ — jednego dnia znikł był z domu.
Czyniono potem najtroskliwsze poszukiwania, — gdyż stary stolnik niemógł sobie surowości swej względem syna przebaczyć, — nigdzie nie znaleziono najmniejszego śladu, nigdzie posłuchu o znikłym. Przez lat trzydzieści ów Kwiryn się nie zgłaszał wcale, miano go za umarłego, opłakano. Po stolniku starym, młody wziął spadek i o nieszczęśliwym zapomniano zupełnie. Działo się to w końcu XVIII wieku, a powrót o którym mówiemy, w początku teraźniejszego tak niespodzianie nastąpił.
Stolnik szedł z Kwirynem do gościnnej izby, palony ciekawością dowiedzenia się, przez te czasy zginiony brat robił, gdzie się tułał i jaka szczęśliwa gwiazda na powrót go tu przyprowadziła.
Izba gościnna w rogu domu, nie była wytworną,