Stolnik pomyślał, że on tu już czekał tak — godzinę. Dobrego i litościwego serca Starosielski i na siebie i na sługi się oburzył, iż temu biedakowi dano tu tyle czasu strawić na próżnem oczekiwaniu.
Wszedł więc w ganek — a nie potrzebował się meldować jako gospodarz, bo w nim łatwo się go było domyśleć. Usłyszawszy chód, siedzący na ławie szybko się zerwał na nogi, różańce ukradkiem w kieszeń wsunął, stanął w bardzo pokornej postawie, pogładził włosy siwe i po małem wahaniu się, z nieśmiałością przybliżył się, aby rękę stolnika pocałować.
Nie mówił ani słowa.
Starosielski też niewiedział od czego począć. Oczewistą było rzeczą, że przybyły, ubogi jakiś żądał spoczynku i jałmużny. Pomimo ubóstwa swego, pokory, przygnębienia, niewiedzieć co mówiło stolnikowi, że to przecie być musiał szlachcic, chociaż nie wyglądał na personata, ani na posesyonata, ani na człeka mającego parentele wielkie.
— Cóż tu asindzieja... sprowadza? zapytał Starosielski.
Zapytany spuścił oczy, — powtórnie w rękę pocałował stolnika i rzekł głosem wzruszonym cicho.
— Jestem — Kwiryn.
Imie to zrazu zabrzmiało w uszach stolnikowi jakby zupełnie obce.
— Kwiryn! powtórzył przybyły i spojrzał mu w oczy nieśmiało.
Była chwila oczekiwania. Stolnik nagle uderzył się po boku.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/219
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.