Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

albo z listem, na folwark do Ekonoma posłać po atrament.
— Gdzie u niego atrament! — zamruczała, zostająca w niedobrych z nim stosunkach, panna Dorota, i wyszła.
Podkomorzy miał czas odetchnąć.
Zegar wybijał dziesiątą.
Tymczasem papier został ostrzyżony na nowo — Podkomorzy nie tracąc chwili usiadł tak gotów, że mu nic nie pozostawało, tylko pióro umoczyć. Jakoż zanurzył je natychmiast, lecz był to dzień feralny (kalendarz stary stuletni świadczył o tem), panna Dorota przepełniła już poprzednio spłukanego staruszka, i miasto atramentu — stał się barszcz, jak mówił Podkomorzy.
Dorota utrzymywała nadąsana, że właśnie taki blady atrament najlepiej czernieje — zresztą innego nie było. Siadł pisać Wereszczaka, chociaż pismo zaledwie było znaczne.
— Pal go ― niech sobie oczy psuje! Co mi tam! — rzekł w duchu Podkomorzy — pisać moja rzecz, jego czytać.
Tym razem szło nierównie lepiej, ręka nieco nabyła wprawy przez poprzedzające próby — przy odwracaniu stronicy zachował wszelkie należyte ostrożności, dobił się aż do respektu i estymacyi z którą zostawał, zakreślił zygzak ku dołowi, podpisał się z tytułem i manu propria — położył datę — odetchnął...
Odczytać list nie było sposobu — lecz nie czuł się też Podkomorzy w obowiązku.
Teraz szło już tylko o skrojenie koperty, której