jedne od drugich uciekać się zdawały — bo Podkomorzy pojechawszy zanadto do góry, posuwał się potem nadto w dół, — powracał do pierwszego i t. d. W tem odczytując redakcyę tę, która mu się nową wydawała — postrzegł się, że powtórzył tylko najpierwszy swój koncept. Zdumiało go to — bo nie miał poczucia plagjatu popełnionego na samym sobie.
Rozmyślał więc, jakim trybem się to stać mogło? — a czas upływał.
Listu jak nie było tak nie było — bo to, co raz się wydało złem — pomimo recydywy — znajdował podejrzanem.
Pot kroplami spadał mu z czoła — czynił wymówki opatrzności, która go naraziła na tak nieprzyjemny wysiłek. Czekał natchnienia — nie przychodziło.
Upokorzony, ze smutkiem w duszy, pochylił się i rozpoczął czwarty raz, dając sobie słowo, że bądź co bądź wypadnie — nie będzie się już wysilał nadaremnie, i — praeter propter odpowiedziawszy – wyśle Podskarbiemu co Bóg da.
Tym razem po słowie, zwolna stawiąc, kreśląc, zmieniając, o pół dziesiątej dokończył mozolnie sklejoną odpowiedź.
Odczytując, chociaż nie był nią zaspokojony, znajdował uchodzącą. Jasną nie była, ale interes wymagał, aby wątpliwości rzucić umyślnie. W kilku miejscach, styl do życzenia coś zostawiał — lecz do piękności wysłowienia Podkomorzy nie miał żadnej pre-
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/206
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.