Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

tytułom się przeciwiła, tego sasko-niemieckiego atrybutu odmawiali mu.
Nieulegało wątpliwości iż — Graf musiał Flemingowi smakować, z drugiej strony było to — przylizywanie się magnatowi, o które nie chciał być posądzonym Wereszczaka.
Położył pióro — i — uderzył w palce.
— Niech go kaczki, dać mu grafa, kiedy ma to miłe.
Skasowawszy więc intytulacyę, napisał na nowo:
— Jaśnie Wielmożny Grafie, panie Podskarbi dobrodzieju, mnie wielce...
Znowu sęk. Miał li Grafa nazwać bratem?? Ten tytuł niedopuszczał już braterstwa.
Wereszczaka wstał zmęczony i przeszedł się parę razy po izbie.
Potniał — na zegarze było pół do dziewiątej. Kaczka — niechciał myśleć o kaczce, choć była to cyranka, po której palce sobie oblizywać.
Musiała się spalić na węgiel.
Siadł do pisania, lecz sprawę tytułu, braterstwa i tak odkładając na później, począł układać raptularz dalej.
Myśli, które w pierwszej chwili po ratafii tak żwawo i ochoczo mu przychodziły — znikły gdzieś, pochowały się, szło jak z kamienia.
— „Zaszczycony szacownym listem, J. W. Pana dla którego estymacyi mojej i wysokiej weneracyi zawsze.....
Znowu sęk.