Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

do rąk własnych adresowany, zawijany był w szmatkę, trzymany za nadrą, niekiedy pod koszulą na gołem ciele, aby go czuł zawsze poseł, czasem zatykał się w baranią czapkę, między dwie jej ściany.
Pismu niekiedy towarzyszyło ustne pozdrowienie i jaki dodatek słowny. Przyjmowano posłańca różnie, ale najczęściej i kieliszkiem i miską. Czasem garść jaka i konikowi się dostała, który albo szedł do gościnnej stajni, lub — drzemał u płotu.
Podkomorzy Wereszczaka w nadjeżdzającym konno, na srokatym koniu człowieku, który szkapę do kołka przywiązał i nie zważając na szczekanie psów odprowadzających go do dworu, skierował się ku gankowi, poznał zaraz posłańca.
Od kogo? to było dlań tajemnicą, lecz bądź co bądź — zafrasował się. Posłaniec wiózł list, który potrzeba było przeczytać — a co gorzej — odpisać nań. A, trzeba wiedzieć, że od czasu gdy go u Jezuitów w Lublinie zmęczono pisaniem, Podkomorzy, równie manipulacyi samej, jak tego wytężenia myśli, którego pisanie wymaga, cierpieć nie mógł.
— Otóż masz! rzekł w duchu! Posłaniec i — list! a Jejmości w domu niema.
W istocie Podkomorzyna była u córki... a Wereszczaka sam w domu.
W sieniach już słychać było, jak się ów posłany zaczął targować ze służącym Jakóbem. Podkomorzy drzwi otworzył.

— Co tam?