wielka ta miłość, jaką miałem dla świętej matki mojej, zwyciężyła.
Powtarzałem to sobie, jak ona dziecku swojemu zawierzyła i ufała, a jak ja, syn niewdzięczny, dla tej co mi dała i ocaliła życie, ofiary z cząstki jego i ze zwodniczyych świata rozkoszy — okrutnie, niemiłosiernie, uczynić nie chciałem.
Stanęła mi przed oczyma zapłakana — a ja przed nią bez litości przechera, tylko sobie samemu i krewkości własnej dogadzający. I srom mnie ogarnął, żem samolubnym był i podłym a nikczemnym.
— Nie godzienbym tej świętej niewiasty dzieckiem się zwać, gdybym woli jej, o której w ostatniej godzinie i we snach mi przypominała — nie spełnił. Bądź więc panie miłościw duszy mojej — a powołanego choć nie godnego sługę, ratuj łaską swoją.
Lżej mi się zaraz na sercu zrobiło, jakby z niego brzemię wielkie spadło.
Nie chciałem już odkładać i zwłóczyć. Tejże chwili krzyknąłem na czeladź, rozkazując aby do mnie poprosili Izdebskiego i Karskiego, który mi byli sercu najbliżsi, a towarzysze wypraw wspólnych.
Wszelki rynsztunek wojenny miałem naówczas bardzo kosztowny i piękny, bom się w nim kochał, i com miał kładłem w to; często dla fantazyi przepłacając. A że po obozach, gdy grosza ludziom braknie, często najdroższych rzeczy za psie pieniądze dostać można, nazbierało się tego u mnie siła. Chodzili patrzeć ludzie jak na osobliwość, na te bogactwa moje.
Miałem zbroi i do boju i do stroju, na występ
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/181
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.