Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Szczęk szabli i widok koni, do rozpaczy mnie prawie doprowadzały, tą myślą, że się z niemi na wieki rostać przyjdzie.
Po nocach w mózgu sny osobliwe się kręciły, nie dając mi spoczynku.
Wszystkie owe sceny obozowe na kresach, w stepach, u ognisk, na czatach z dobremi towarzyszami tak mi się powtarzały — jakbym drugi raz je przeżywał.
Nie mogłem się opędzić im, ani krzyżem świętym, ani modlitwą.
Gdym tak sam z sobą walczył — człek nowy ze starym człowiekiem — trafiło się, że i Kalinowski nadjechał.
Ten słyszał tylko, żem obłożnie chorym był bez nadziei, a na nogach mnie zobaczywszy, uradowany mocno, nie wiedząc nic jeszcze o mojem postanowieniu, za najlepsze lekarstwo radził w pole wyciągać.
— Z tego u ciebie choroba, żeś się zamknął w czterech ścianach, co dla człowieka najgorsze. Tobie co rychlej trzeba na koń i z dobremi ludźmi w pole. Zaraz cię to pokrzepi.
W domu, gdyby pulpetami karmiono, nie dadzą tej siły, co chleb razowy suchy w obozie. Nie ma życia dla nas do licha, tylko na siodle i w polu.
Przez trzy dni pobytu jego we Lwowie, ciągle to jedno słysząc, na największe byłem narażony niebezpieczeństwo, a nie chciałem mu objawić o mem postanowieniu, bo by mnie był od niego odwodził. I jam się nieraz wahał znowu — lecz w ostatniej godzini