Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Synu mój — rzekła miłosiernie — uczyń zadość slubowi mojemu, a Bóg ci powróci zdrowie.
Byłem już tak złamanym, żem zaraz postanowienie we śnie uroczyste wyrzekł, jako rozkazowi Bożemu będę posłusznym.
No — i stał się ten cud, że gdy dnia poprzedzającego z boku na bok o swej sile obrócić się nie mogłem, nazajutrz zaraz poczułem w sobie siłę jakąś powracająca, i, polewki mało co, bez wstrętu jednak zjadłszy, z chlebem, który gorzkim mi się, jak wprzódy, nie wydał — sam, bez pomocy niczyjej z łóżka wstałem i po izbie przechadzać się począłem.
Służba moja, barwierz i aptekarz, co u mnie teraz codziennymi gośćmi bywali, a pono nie wiele już sobie po mnie obiecywali; — zdumieli się niepomiernie, na nogach mnie zobaczywszy. Zbiegali się ludzie niewierni patrzeć na to, bom w oczach do zdrowia powracał, jakby ręką odjął niemoc.
Miałem już najmocniejsze postanowienie słowa dotrzymać, ale caro infirma, słaba i wątła jest natura ludzka. Gdy już do wyrzeczenia słowa nieodzownego przychodziło, strach i żal mnie taki ogarniał, iż z dnia na dzień, pod różnemi pozorami odkładałem, najwięcej to w siebie w mawiając, że muszę wprzódy ozdrowieć, niżeli do klasztoru pójdę.
Siła nieczysta świata tego, którego mi się wyrzec przychodziło, właśnie teraz cała się na mnie rzuciła i obarczała, gdym miał rozbrat z nią czynić.
Dosyć było, aby lada jaki ciura przez ulicę pod oknem przeciągnął — abym mu losu jego zazdrościł.