Kurzawie, gdy przygotowana od dawna do śmierci, z takim spokojem i duszną radością, wyglądała jej na łożu choroby, jakby na gody wielkie iść miała.
Klęczeliśmy z p. Mikołajem, u nóg jej dzień i noc. Ostatniego dnia, gdy już sobie nietylko dobę, ale godzinę, za łaską Bożą, przepowiedziała, podczas gdy Mikołaja wywołano, kazała mi się przybliżyć do siebie, i objąwszy stygnącemi rękami, zaczęła szeptać.
— Bernardku mój — ślub matki dotrzymaj — pomnij! Żałować tego nie będziesz.
Było to ostatnie słowo jej do mnie, które głęboko w duszy utkwiło.
Na pogrzeb jakoś przybył Kalinowski, któremu on smutny zwierzył się z tej ostatniej prośby nieboszczki mej drogiej.
Lekko to sobie jakoś ważył — a w to bił, że pan Bóg ofiary przymusowej nie potrzebuje, — a matki za moją winę przecież karać nie będzie.
Mnie się też koń i zbroiczka tak uśmiechały, żem oprzeć się nie mógł powtórnie pokusie, i do p. Sieniawskiego jechałem, który do swojej roty ochotnie mnie przyjął.
Wypraw ja tych staroście opisywać nie potrzebuję, bo w których niebyliście sami z bratem, znacie je tak dobrze jak ja com z niemi chodził.
Z p. Sieniawskim naówczas wiodło się nam na kresach pomyślnie, alem ja raz z gorączki wielkiej na małym podjeździe, zapędziwszy się, o mało w niewolę tatarską się nie dostał; i strzałą, szczęściem nie zatrutą, szpetnie byłem ranny. Mieliśmy zaś w obozie ludz-
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/174
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.