Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Bernardzie mój ― rzekła płacząc i ręce załamując — pomnij to jedno tylko, że gdy mi Bóg ciebie powrócił, jam się ślubem związała że ty jego służbie się poświęcisz. Nie czyń że mnie wiarołomną, gdyż w tym i na drugim świecie, brzemię na duszy mej ciężeć będzie.
Idź i wojuj, abyś tę krew gorąco ochłodził, i ostygł — lecz niezapominaj nigdy, żeś moim ślubem związany.
Tak mnie ta boleść macierzyńska przejęła, a skruchę miałem tak wielką, żem łez najlepszej mojej dobrodziejki stał się przyczyną — iż może byłbym wyrzekł się już służby — ale słowo dałem, stawić się było potrzeba.
Naówczas matka serdeczna, nie chcąc abym jak jaki sierota i przybłęda służbę pełnił, dała mi na to abym się na sześć koni mógł zapisać.
O tej służbie dziś powiedzieć tyle mogę, że pierwszą była, a choć wiele znosić przyszło i od ludzi i od niewygód, i w boju od nieprzyjaciela, słodkiem to było a pożądanem.
Dwa razy ranny, raz o włos nie dostawszy się do niewoli, gdy mi i konie wyzdychały, bo je strzechami karmić przyszło, a błotem poić — powróciłem do domu z renomą dobrą, ale chudy i zbiedzony.
Ale ma to do siebie nałóg wszelki, rycerskiego nie wyjmując, że się smaku nabiera do tego co najdrożej się opłaciło. Ledwie odpocząwszy, wylizawszy się i odkarmiwszy, już bym był szedł... gdy matka ciężko zachorowała.
Ja tylko i brat mój Mikołaj byliśmy naówczas w