żańcem kokosowym u pasa czasem dziwowiskiem bywałem, a niekiedy i pośmiewiskiem.
Za to płacąc pobożna matka moja, co mogła czyniła aby mi się na świecie nie przykrzyło. Wpajała to jednak powoli we mnie, że przez wdzięczność Bogu za ocalenie życia, powinienem był obrać sobie stan duchowny. Za jej staraniem też ojcowie Bernardyni i inni księża, których u nas wielu w domu bywało, starali się wpajać to we mnie, iż nie było na świecie stanu szczęśliwszego a milszego Bogu nad duchowny, bo w nim człowiek i wolą własną i pomocą swych braci, reguły, a łaską patrona — z drogi zboczyć nie może i zbawienia pewnym jest, byle sam chciał.
Jak wszyscy w domu tak też i ja byłem pobożnym zawsze, po matcem to wziął, gorącem sercem modliłem się z nią razem — nie przeciwiałem się temu żebym do zakonu nie miał iść, ale — co prawda — rycerska sprawa, koń, szabla, widok zbroi do szaleństwa mnie prawie poruszały.
Bywało gdyśmy we Lwowie mieszkali, a przeciągały chorągwie — żadna siła ludzka utrzymać mnie w domu nie mogła.
Trafiło się jakoś, że powinowaty nasz pan Melchior z Kalinowej Kalinowski przybył, we Lwowie odpoczywając między jedną wyprawą a drugą, odwiedzić matkę moją. Ciotecznym pono był jejmości. Ten zobaczywszy mnie w habiciku, przy różańcu, gdym po dziedzińcu drewnianą szabelkę sobie wystrugawszy za jędykami się pędzał, począł matce mojej pół żartem czy-
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/171
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.