Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

cone, poodrywane i zczerniałe — drugie, z desek nie heblowanych pozbijane i na proste kłódki pozamykane, prowadziły do pokojów. I tu gdzieniegdzie poszczerbione były kulami mury.
Wchodziliśmy na pierwsze piętro.
Tu pustka na tle szczątków wspaniałości dawnej, wydawała się jeszcze może straszniejszą. Przeznaczenie ogromnych pokojów dawało się rozpoznać i odgadywać.
Ze sprzętów w nich mało co pozostało, oprócz łomu, który nie miał wartości żadnej. Okruchy jednak mówiły wiele.
Wiedeński fortepian Streichera bez klawiatury, bez strun, bez nogi, leżał wywrócony w jednym pokoju...
Ze starej arfy w kącie zostały zczerniałe ramy złocone. Na ścianach wisiały jeszcze portrety na pół zdarte z ram, z powykałanemi oczyma i pomazanemi twarzami. Tu i owdzie walało się krzesło bez nóg, resztka stolika ozdobnego, pudełka porozbijane, skrzynki bez wiek.
Jeden pokój cały był pełen grubo nasłanej, startej i pomiętej słomy, przykrytej pyłem jak wszystko, ale z pod niego można było w czarnych plamach, któremi ją niegdyś zbroczono, rozpoznać — domyśleć się krwi... Leżeli tu niegdyś ranni.
Po podłogach wszędzie prawie rozsypanych było mnóstwo podartych, pomiętych papierów. Schyliłem się ku nim z ciekawością...
Były to regestra jakieś, rachnnki, kartki z ksiąg drukowanych w XVIII w., naostatek ułamki mnogich