Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

cierpiał i przebył przedwcześnie go zużyło i znużyło. Wyglądał starszym daleko niż był.
Przywitaliśmy się, a, choć paliła mnie ciekawość zapytania go jak się zakończył ten dramat nieszczęsny, — bałem się zapytaniem, ledwie zabliźnioną otworzyć ranę.
Z wielkiem zdziwieniem mojem, on sam, natychmiast się odezwał.
Nie widzieliśmy się dawno — od Florencyi? nieprawdaż.
Stało się jak ona sobie życzyła — wzięliśmy rozwód. Goldfisz drugi się z nią ożenił — Finita istoria! ale — jesteśmy z sobą — wierz mi, w najlepszych stosunkach. Niewiem, zdaje mi się, że teraz żałuje, iż się tak zniecierpliwiła.
A! jaka piękna!
Prawdziwie, podziwiać trzeba tę marmurową jej nieśmiertelność młodości! Zdaje się mieć lat piętnaście. Żadnego znużenia — najmniejsze marszczki.
— Tak — odezwałem się — uczucie tylko, namiętność i praca zużywają człowieka — kto niema ani serca.
Klaudy nie dał mi dokończyć.
— Mylisz się, odparł, mylisz. U niej to jest inną formą obleczone... ale ona ma serce.
Niewiesz, gdy pierwszy raz po rozwodzie, wyprosiłem sobie pozwolenie widzenia jej — nie było nikogo... żebyś wiedział z jakiem drżeniem, z jakiem uczuciem mnie przyjęła. Jestem znowu w niej zakochany! Rozśmiał się.