Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

niem. Potem, nierychło, powiedział, że się namyśli. Nagle rozpoczął żale nad tem, że hotel Washington, w którym stanął, bolesne rodził wspomnienia.
— Tak byłem szczęśliwym tam!
— Człowiecze[1] przerwałem, godziż się to nazywać szczęściem?
Machnął ręką. Z pół godziny przesiedział tak jeszcze i bez pożegnania wywlókł się odemnie.
Około południa poszedłem go odwiedzić do hotelu. Służba przyjęła mnie w progu tem, iż Klaudy, pośpiesznym pociągiem wyjechał.
Nazajutrz i ja też ruszyłem z Florencyi, rozkwitłej, aby doświadczyć na sobie jak u nas późno wiosna przychodzi. Za Wenecyą znalazłem pączki tylko, a nad Elbą wiatr mroźny i nieśmiało z ziemi dobywające się rośliny.
Po drodze o Klaudym nigdzie nie mogłem wiadomości zdobyć — przemknął się bez śladu.
Przychodziło mi potem na myśl co się z biednym stać mogło i spodziewałem się, że mnie wtajemniczy w rozwiązanie dramatu, którego pierwszych scen przypadek świadkiem mnie uczynił — ale — Klaudy zapomniał całkiem o mnie.
Upłynęło dobrych kilka miesięcy, nim mnie zmusiła konieczność znowu Berlin odwiedzić. Mimowolnie tu przypominał mi się biedny marzyciel. Niespodziewałem się jednak wcale z nim spotkać, gdy wychodząc z księgarni Stuhr’a, zetknąłem się z nim zdumiony wielce.

Wyglądał lepiej trochę, lecz wszystko to co prze-

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak znaku przestankowego.