Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Jak się niespodzianie zjawił ten pan Dydak, tak natychmiast znikł — i wcale o nim słychać nie było.
Rok upłynął, a Wyrzyski ściągnął znowu na kontrakty do Dubna, równie żądny grosza, zakłopotany niezmiernie, gdyż zawczasu zapowiadano, że pieniędzy mało będzie.
Okazało się zaraz na wstępie, że oprócz tego, szlachta, nauczona smutnem doświadczeniem, ciężkie stawiła warunki.
Mostowniczy, którego przez cały rok nikt nie widział i nie słyszał o nim, zjawił się czasu kontraktów. Wyrzyski miał pewne powody nie bardzo mu się nastręczać, gdyż inwentarze zweryfikowane na gruncie mogły grozić komplikacyami.
Najbliższym sąsiadem Horodyszcza, był niejaki pan Pawłowski, z którym plenipotent był w zażyłości wielkiej. Przy pierwszem spotkaniu zagadnął go o Mostowniczego — co on w Horodyszczu robi?
— Co? niewiesz? Cuda i cudactwa wyrabia — rzekł Pawłowski. Było tam kawał muru ze starego zamczyska i wywalona bruzda, postawił dwór jak zamek, ogrody pozakładał. Kto go wie zkąd posprowadzał do tego ludzi, majstrów i co w to pieniędzy włożył.
Wyrzyski, który sądził, że nabywca cały swój zasób wydał na kupno dóbr, bo tak się u nas najczęściej trafiało — zdziwił się niezmiernie.
— Jakto! więc to taki Krezus?
— A Krezus! rozśmiał się Pawłowski — bogacz. Licho wie zkąd ma te skarby, bo go nikt nie zna i o