abym ją nieścigał, gdyż wolałaby życie sobie odebrać niż żyć dłużej w takiej niewoli.
Klaudy zamilkł nagle. Nieumiałem ani go pocieszać, anim chciał i nie pora było obwiniać. Mogłem się litować tylko.
— Najrozumniejszem będzie — odezwałem się po chwili, gdy pójdziesz za jej radą. Inaczej nawet uczynić nie możesz, uszła ci z tym panem Goldfiszem, czy Rosenkranzem — odbierać mu jej przecie nie będziesz.
— Ale ja ją kocham! wybuchnął zrywając się Klaudy.
Wzruszyłem ramionami.
— Po tem wszystkiem co zaszło! zlituj się — toby było coś niepojętego!
— Namiętność nie ma logiki — odparł gorąco. Ja niewiem — dopókim odbywał z nią tę podróż z torturami, nieraz przychodziło na myśl — rozstać się, porzucić ― wyswobodzić. Teraz, gdy jej niema przy mnie, cierpię niewysłowioną tęsknicę.
— To szaleństwo — zamruczałem.
— To podłość nawet, dodał Klaudy — nazywaj to jak chcesz — ale.
— Ale, dać się takiej namiętności ogarnąć, dać jej zawładnąć sobą.
Nic mi Klaudy nie odpowiedział.
Ponieważ wyjazd mój był blizkim, namówić go chciałem aby jechał ze mną. Mogłem mu w drodze być przynajmniej przeszkodą do zatapiania się w myślach, wspomnieniach i niedorzecznem fantazyowaniem. Ofiary mojej ani przyjął, ani odrzucił — zbył ją milcze-
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/149
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.