Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Wyprawiła mnie nie użalając się na to, pozbywając się z jakąś niecierpliwością.
Późno w noc łódka moja przybiła na powrót pod ściany skaliste Sorrentu. Nie zapomnę nigdy tej chwili. Cały rozmarzony widokiem czarodziejskim groty lazurowej i krajobrazem tego, który do żadnego innego w świecie nie jest podobny — rozweselony żartobliwemi śpiewy i rozmową wioślarzy — wszedłem do gospody i nie pytając nikogo skierowałem się do pokoju żony.
Służba dziwnie jakoś spoglądała na mnie.
W pokoju, otwarte drzwi — nikogo.
Zwróciłem się do nadchodzącego gospodarza, który z kwaśną miną, stanął przedemną.
— Gdzie moja żona?
— Żona pańska — przecedził przez usta ściśnięte gospodarz — przecież panu to powinno być wiadomem, bo to miało być umówione. Przybył po nią jej brat i — wyjechała z nim razem.
— Brat! zawołałem osłupiały — jaki brat!
Gospodarz ruszał ramionami.
W tej chwili na stoliku postrzegłem kawałek białego papieru. Rzuciłem się ku niemu. Był to list — napisany z pośpiechem, w którym mi oznajmywała, że ani mojego nieszczęścia być przyczyną nie chciała, ani sama się zamęczać ze mną. Przekonała się za późno — że życie było niemożliwe we dwojgu ze mną. Żądała rozwodu nie tając, że na pomoc wezwała owego komisanta nieboszczyka męża, który ją daleko lepiej rozumiał — i chciał się z nią ożenić.
Z nim odjeżdżała na powrót do Berlina, prosząc